29.07.2011 - 22:24
W ubiegły weekend mieliśmy do czynienia z dżemem Kazimierzówka Trails Jam 4 Bro. Impreza odbyła się pomimo niepewności pogodowej. Poniżej czeka na Was obfita relacja, za którą stoi Pani organizator Karolina "Coala" Kowal. Fotografowie odpowiedzialni za zdjęcia to Tomasz Kwiatkowski wraz z Coalą. Przed rozpoczęciem lektury zaparzcie sobie herbatkę, kawkę czy inny napój bogów, czeka Was długa droga na sam dół. Miłego.
Zasiadając do pisania tej relacji mogłam po prostu napisać, dlaczego przełożyliśmy termin imprezy, kto nas sponsorował, o której się zaczął jam, kto zgarnął fanty, kto nam pomógł i przybić na koniec wysoką piątkę wszystkim.. ale wydaje mi się, że to dobra okazja, żeby pokazać wszystkim, że warto organizować takie imprezy, że nie jest to mega trudne i niemożliwe, ale nie jest też ot taką misją, ‘pstryk’ i zrobione, że wymaga pracy, ludzi z pasją, samodyscypliny, zapału i przede wszystkim sprawnej komunikacji od początku do końca.
Choćby to miała być pierwsza impreza, nie do końca dopięta, trzeba to robić, następnym razem jeśli będą odpowiedni ludzie, będzie już tylko lepiej, bo już wiadomo o co chodzi i z kim można ogarniać takie sprawy. Duże rzeczy da się robić niekoniecznie dla kasy i profitów, więc do dzieła!
No i jeszcze jedna rzecz, ważna dla nas, bo to ludzie tworzą miejsca.
Lublin - jeździ tutaj naprawdę dużo osób, jest stara ekipa, są młodzi i wręcz dzieciaki, zarówno bmx jak i mtb, a do tego jeszcze pokaźna grupa stowarzyszenia LSFR. Nie chcemy być kojarzeni tylko i wyłącznie z kilkoma imprezami, lepiej lub gorzej zorganizowanymi, które odbyły w się w tutejszym podobno największym w Europie bike parku.. na czternastu hektarach, na których nie ma odpowiedniego zarządcy. Tak tak... podobno nie powinno się kalać własnego gniazda, ale nie można wszędzie i wszystkim przybijać piątki, jeśli się nie należy i większość ma jakieś uwagi.
W Kazimierzówce do tej pory oczywiście odbywały się jamy, luźne spotkania i masowe akcje dig, ale tym razem udało się zorganizować coś, co przerosło oczekiwania większości ludzi związanych z tym miejscem, czy w ogóle z lubelską sceną bmx/mtb i nie stało za tym żadne stowarzyszenie, klub, czy miasto. Własnymi siłami ogarnęliśmy miejscówkę i całą organizację.
Jesienią zeszłego roku, po Olszynki Night Jam’ie w Rzeszowie, postanowiliśmy, że jeśli uda nam się na nowo uruchomić wszystkie rytmy, zrobimy jam dla Artura Borka. I to chyba ochrzczenie na nowo dropa i trailsów w czasie Sylwestra, tanim winem musującym i Perłą magicznie nam w tym pomogło :D
Panorama fotograficzna trails'ów - Jacek Jaśkiewicz
Od wczesnej wiosny, kiedy jeszcze popadywało coś śniegopodobnego, a ziemia już cokolwiek rozmarzła, Bartek, Tomek i Przemek ze wsparciem chłopaków z Lublina kopali, przesuwali, poprawiali i klepali hopki, w między czasie je testując. Na początku czerwca Bartek napisał do mnie „organizujemy jam ^^”, trochę przestraszył mnie termin 9 lipca, bo wydawało mi się, że to mało czasu, ale okazało się, że załatwiając sprawy z odpowiednimi ludźmi, da się ogarnąć coś takiego i w miesiąc, chociaż wymaga to samozaparcia i działania bez przerwy. Pomijając wszystkich malkontentów i leni, którzy wątpili od samego początku, a uwierzyli i byli zdziwieni, dopiero kiedy już wszystko było przygotowane, bardzo pomógł nam Zgred, wkręcony w branżę bmx, pomógł uzyskać kontakty do sponsorów: Ave Bmx, Manyfest Bmx, Szwed Shop i Tape Clothing. Dostaliśmy sporo różnych rzeczy, miło było wręczać choćby koszulkę czy gripy za fajną sztuczkę i buzację. W między czasie wrednie wkręciłam w całą sprawę „ojca” Ratz’ów, Kamila, z zamiłowania streetowca, nie wiele mającego wspólnego z ziemnymi wyskoczniami, chociaż i jemu w zamierzchłych czasach zdarzyło się przyłożyć szpadel do hop na lubelskim Czechowie. Deco, młodzian, z nieograniczoną zajawką i otwartym umysłem nakręcał ludzi i starał się pomóc we wszystkim, dla niego nie ma chyba rzeczy niemożliwych.
Przed pierwszym terminem udało nam się załatwić wszystko, od ogarnięcia hop, nagłośnienia imprezy, zdjęć z miejscówki, przez zorganizowanie noclegów dla przyjezdnych, sprzętu nagłośnieniowego do lasu, po oficjalne after party w klubie, pod patronatem jednej z najbardziej rozpoznawalnych lubelskich specgrup imprezowych.
Niestety pogoda nie była łaskawa, ziemia w lesie jest zwyczajną gliną, która idealnie nadaje się do budowy hop, utrzymuje kształt, nie rozsypuje się, ale za to po deszczu zamienia się w śliskie błotko i deformuje się pod naciskiem, schnie dość długo, a do tego gęste zalesienie przy dużym rytmie, co ogranicza dostęp słońca. Żeby nie pchać się na jeden termin z Baltic Games, bo i tak część z nas wyjechała, wstępnie wyznaczyliśmy następną datę, 23 lipca... w między czasie oczywiście odpadło kilka ekip z Polski, które miały się pojawić.. wakacje i inne zawody, chłopaki z Kazimierzówki zakupili folię i opalarkę, żeby nie do końca polegać na pogodzie. Liczyliśmy też na jakiegoś zajaranego prosa, który by podkręcił rangę miejscówki, ale niestety nie pojawił się taki. Ze względu na słabą komunikację i chyba już zmęczenie, narobiło się trochę niepotrzebnych problemów przed samym jamem i straciliśmy całą część artystyczną, załatwiony sprzęt i after party, a tak naprawdę jeśli niewiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Dlatego od razu warto zaznaczyć, że czasem jest lepiej załatwić wszystko własnymi siłami, wśród ekipy i znajomych niż pchać się w jakieś układy z ludźmi, którzy działają na polu „imprezowym” od wielu lat i z całym szacunkiem i uznaniem wiedzą jak robić interesy. Można to wszystko załatwić samemu, potrzebna tylko motywacja i ktoś, kto ma gadane, a przecież zawsze znajdą się jakieś użyteczne kontakty sprzed lat. I wcale nie oznacza to gorszej imprezy, bo czasem wychodzi lepiej, a klimat na pewno jest nieporównywalnie lepszy.. no i ta satysfakcja.
Nie chcieliśmy rezygnować z niczego, więc w ciągu dwóch dni musieliśmy załatwić nagłośnienie, ludzi, którzy zajmą się muzyką na miejscu i sensownie zaplanować sprawę after party, z czego dochód miał być przeznaczony na rehabilitację Młodego. Tutaj propsy dla Pawła, który już wcześniej na bieżąco wspierał ciekawymi spostrzeżeniami i pomysłami, konstruktywnie myśląc znacznie się przyłożył do tego wszystkiego. Dzięki niemu na miejscu pojawił się Mikołaj z własnym sprzętem, który bez problemu ładnie nagłośnił rozrzucone w lesie rytmy hopek. Do tego Marcin - dj Czinu, który mimo wszystko był zdeterminowany i nakręcony żeby nam pomóc, pomijając to, że w nocy grał na innej imprezie. Przybył z resztą w koszulce z wymownym hasłem: „go big or go home” :D Spędzili z nami cały dzień w lesie, a po wszystkim równie zadowoleni jak i my. Jeszcze tylko zadaszenie nad sprzęt, zrobione ze spadochronu od Przemka i można rozkręcić imprezę.
Przed 10.00 telefony-budziki po piątkowym wieczorze i ogarnianie, na miejscu localsi dopieszczali linie, docinali gałęzie. Zaczęli pojawiać się pierwsi rajderzy i widzowie. Praktycznie każdy zaczynał się rozgrzewać na małym rytmie, na technicznych hopkach i w bandach. Kiedy na drzewach zawisły pierwsze banery od sponsorów i patronów imprezy, zabrzmiała muzyka i znajomy głos Kamila nawijającego przez mikrofon, każdy poczuł, że udało się zrobić coś, o czym tak naprawdę na początku nie marzyliśmy. Pierwszy taki jam, nieoficjalny, a jednak na dużą skalę, na Lubelszczyźnie. Po 13.00, kiedy nagłośnienie już działało, oficjalnie wystartowaliśmy.
Co do samego systemu nagradzania, wyróżniania i kontestów... Zaplanowaliśmy dużo, nie zrealizowaliśmy wszystkiego, bo każdy dawał z siebie maksimum, a żeby na koniec nikt niefartownie się nie rozbił, odpuściliśmy best trick na dużym rytmie i najpłynniejszy przejazd na małym. Żeby podkreślić charakter miejsca, i że to jednak „trails’y” a nie „dirt’y”, najcenniejsze granty przeznaczyliśmy na Best Line, a dopiero w drugiej kolejności na Best Trick.
Na pierwszy ogień poszedł średni rytm, dla rozgrzewki, tutaj jeździło najwięcej osób. W Best Line liczył się rytm, płynność i styl, czyli tak naprawdę wyszło na jaw doświadczenie riderów na hopkach różnej maści.
Nagrodę za najlepszy przejazd zgarnął Piotr Deco Dec. Stylowy przejazd, na spokojnie, a do tego nowe sztuczki i jego firmówki, jak 360 z coraz ładniejszym nose dive’m, turndown, tailwhip, no foot can can, x-up one foot. Wyróżniony został Kristian Krycha Wojtan z Janowa Lubelskiego – do stylówki, którą pokazywał przez cały jam dołożył m.in. ładne, dokręcone turndowny, i Filip Hoffman Skomorowski – dirtowiec z GC, który lata wszystko co się da, łącznie ze slope’m, więc było widać doświadczenie i ogarnięcie w przejadach, a do tego uraczył nas próbami backflipa.
Best Trick na średnim okazał się trudny do ocenienia.. old school vs. new school. No i wygrał old school – firmówka Grześka Dudusia, znanaego jako Grzenio - superman seat grab. Wyróżniliśmy także Sebastiana Żula Zakrzewskiego za niesamowite combo old school no hander do turndown’a i flary na najeździe na stolik. Wiadomo, że oceny i opnie były podzielone, ale wszyscy byli tam dla zajawki, a nie dla hajsu i nagród.
Na średnim rytmie w pewnym momencie pojawiło się dwóch śmiałków, którzy przelecieli hopy w stylowym jaskrawo seledynowym puchowym skafandrze narciarskim i oldskulowych goglach od deskorolkowca Jaca. Jaco z kolei przyjechał w tym na swojej WueSce, przez którą w pierwszej wersji miał być rozegrany Big Air.
Oczywiście jam miał formułę bmx+mtb, więc warto wspomnieć o co prawda nielicznych rajderach, ale za to pokazujących naprawdę dobry poziom – Rafał Relax Listoś i Mateusz Dąbski, stali bywalcy GC i bikeparku. Ładne przejazdy, dobre sztuczki, a wszystko bez spiny. Jedno jest pewne, na hopach da się porządnie polatać i na bmx’ie i na mtb
W między czasie nasz pupilek, Hugo, jak zwykle w stanie cokolwiek wskazującym od samego rana, pojechał na freestyle’u, jego nawijka nie ma końca, więc trzeba było mu przerwać, ale zdobył uznanie publiczności i jak dotąd nie znalazł się żaden śmiałek, który chciałby się z nim zmierzyć. Pozostał niepokonany.
Duży rytm. Tutaj już tylko kilku rajderów i o wiele bardziej niebezpieczne prędkości i wysokości. Wygrali Ci, którzy na co dzień latają duże hopy, nie boją się dropa i wysokich lotów pod koronami drzew.
Best Line zgarnął Grzenio, rezydent i shaper dirt’ów w bikeparku. Pokazał oczywiście superman’a, oldschool’a, no foot can can, 360 i 720. Wyróżniliśmy też Przemka Graczyka, localsa i testera hopek w Kazimierzówce, który i tym razem pokazał swoje doświadczenie..
Chwila odpoczynku przy ognisku i zaczynamy contest na Biggest Air na stoliku średniego rytmu. Wystartowało sporo osób, do wysokości 180-200 cm mieliśmy jeszcze dość pokaźną liczbę zawodników, część odpuściła ze względu na zmęczenie, inni walczyli i podejmowali kolejne próby, w pewnym momencie zabrakło nam miarki przygotowanej przez chłopaków, więc w trakcie lotów podnieśliśmy poprzeczkę do magicznych 250 cm, które i tak nasz zwycięzca Krycha przelatywał na stylówce, ładnie podciągając tylne koło. Tak naprawdę to przeleciał całą konstrukcję z miarką. Za wysiłek i dużą liczbę prób nagrodziliśmy też trzy następne osoby po zwycięzcy.
Odpuściliśmy mały rytm, wszyscy zmęczeni, zrobiło się trochę późno, wszystko na spontanie i bez spiny, więc nie mieliśmy żadnych ram czasowych.
Podsumowując, nieziemski klimat w lesie, niesamowita satysfakcja wszystkich, że się udało, że to było coś nowego i ważnego dla całej lubelskiej sceny, zbyt krótki dzień i nowe doświadczenia dla wszystkich. Na miejscu byli prawie sami localsi, Lublin, Chełm, Janów Lubelski, Lubartów, poza tym goście z Gdańska. Na spontanie zorganizowała się czapeczka i zbiórka kasy dla Młodego. Po jamie, na miejscu, przy ognisku zostało kilka osób, localsi żegnali Kyzia, współtwórcę trailsów, który po długiej nieobecności odwiedził rodzinne strony. After party bez spiny, jak zwykle zaczęło się w centrum zarządzania na Krakowskim Przedmieściu u Kamila i Grzenia, a później już tylko dzika zabawa/rowerowa trzoda w jednym z lubelskich klubów.
A co na przyszłość? Myślę, że to nie pierwszy i nie ostatni taki jam w Kazimierzówce, za rok będzie jeszcze lepiej. Mamy nadzieję, że mimo nieobecności na jamie, odwiedzi nas jeszcze kilka osób, i że trailsy zostały należycie wypromowane, a jest to naprawdę jedno z nielicznych takich miejsc w Polsce. Ponad to, teraz kiedy wszyscy zobaczyli, że się da, są już plany na kolejne imprezy, dirtowo-trailsowy jam na Górkach Czechowskich, na pewno coś na streecie.. w Lublinie jest gdzie jeździć, potrzebna tylko zajawka.
Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy pomogli w przygotowaniu tej imprezy, przyłożyli szpadel, kabel, rękę, słowo, pomysł, zajawkę, czy po prostu dobre słowo: Bartek, Tomek, Przemek, Krzysiek, Zgred, Deco, Grzenio, Marek, Paweł, Mikołaj, dj Czinu, Kamil, ogólnie cała ekipa ratz!bmx, Marcin Borek, który zdalnie dawał wskazówki i koordynował misję, a niestety nie mógł przybyć z Arturem i ekipą w dzień jamu... Wysoka piątka dla państwa, którzy udostępnili swoją działkę pod lasem, na parking i Koyota. Wielkie dzięki naprawdę każdemu, kto wsparł nas choćby słowem i mam nadzieję, że wszyscy, którzy powątpiewali, a chociażby i jedna osoba z nich, przekonali się, że jak się chce, to można wszystko, i że „sky is the limit”.
Fotografów na miejscu było kilku, stąd duża ilość zdjęć, mam nadzieję, że ciekawych.
Teraz mogę przybić hi 5!










Komentarze
Przebrnąłem! Wpis powinien się na nazywać "kulisy organizacji jam'u" ;]]
Dobra robota.
naprawde ciesze sie ze takie imprezy sie w Polsce odbywaja:DDD
trailsy naprawde godne, mam nadzieje ze zawitam na nastepnej edycji:)
pozdro i oby tak dalej!!!
Sieradz i Łódź mega żałuje że nie wypalił wyjazd bo impreza widać była mega! DIG!!
my też żałujemy, że Was nie było, w każdym razie zapraszamy do Kazimierzówki na loty, jeśli tylko będziecie mieć taką możliwość, żeby do nas wpaść. Najprawdopodobniej pod koniec sezonu ogarniemy jeszcze jeden jam, nie wiem na jaką skalę, ale zawsze wszyscy zajawkowicze są mile widziani :D
ciesze się, ze jest polska strona bmx, gdzie codziennie pojawiają się INTERESUJACE newsy, wielki plus.. .wieli plus za ten jam takze
dobre dupeczki
+ Dodaj nowy komentarz